Eskapada w Bieszczady miała nastąpić następnego dnia rano po moim powrocie ze spływu kajakowego na Rospudzie. Wyszło trochę inaczej - w drodze powrotnej z suwalszczyzny (już pod Warszawą) mój samochód trochę zaniemógł - a naprawa w serwisie była na tyle kosztowna (1400zł), że postanowiłem poczekać do powrotu mojego mechanika z jego wyjazdu majowego a w Bieszczady udać się wraz z naszą paczką środkami komunikacji publicznej. Takich podróży już dawno nie uskuteczniałem, więc byłem z jednej strony zaciekawiony, jak ludzie przemieszczają się takimi środkami komunikacji, a z drugiej strony martwiłem się, czy dożyję kresu podróży. Wszak miejscem docelowym miała być Komańcza - samochodem 6,5 godziny drogi z Warszawy, komunikacją publiczną wraz z przesiadką w Sanoku lub Zagórzu całe 14 godzin.

Mieliśmy do wyboru trzy scenariusze podróży w tamtą stronę: albo PKP, albo PKS, albo busem prywatnym. Oferta PKP odpadła z powodu problemów z przesiadką w Sanoku (zbyt długi czas oczekiwania na autobus), bus prywatny odpadł z powodu zbyt szybkiego dotarcia do Sanoka (kto mi powie, co o 4 nad ranem można robić w Sanoku, temu stawiam piwo), wybraliśmy więc rejsowy PKS, kurs nocny wyjeżdżający z Warszawy o 20.00. HM nie powiem, że był to wersal w podróży, czy nawet wygodne podróżowanie, ale śmiało mogę stwierdzić, że po przyjeździe autobusu do Sanoka o 5.30 następnego dnia żyłem i miałem się całkiem dobrze. Było dość chłodno tego rana, a poczekalnie na dworcu PKS i PKP w Sanoku zamknięte. Podjęliśmy decyzję o przejeździe autobusem miejskim do Zagórza, skąd była szansa na złapanie autostopu do Komańczy. Zadziwiające, że linia autobusowa nr 5 (podmiejska z Sanoka do Zagórza) nawet w dzień świąteczny (a było to 3 maja) kursowała od godzin rannych z dokładnością do 30 minut. Bogata gmina, jeśli stać ich na wożenie powietrza w dni świąteczne wczesnym rankiem!!!

Dworzec PKP w Zagórzu był czynny już od 3 z minutami, i było w środku zdecydowanie cieplej niż na zewnątrz. Przestudiowałem rozkłady jazdy: pierwszy autobus do Komańczy mieliśmy o 9.21, pociąg do Łupkowa niby o 6.31 - ale nie zauważyłem, że mała literka "i" przy godzinie odjazdu oznacza, że jeździ on owszem - ale w piątki, soboty i niedziele od końca czerwca do końca sierpnia. A zatem pozostało nam siedzieć na tym dworcu około 3 godzin.

Od około 8 z minutami zaczęło się robić ciepło... słońce pozwoliło wyjść nam z budynku dworca i udać się na rogatki Zagórza, by łapać tzw. okazję. Właściwie nie wiemy na co liczyliśmy, z racji tego, że było nas kilka osób a każda miała bagaż. Ale co tam - jak szaleć to szaleć!!! Okazje jeździły rzadko i niestety nie chciały z nami współpracować, więc na przystanku autobusowym z puszką piwa siedzieliśmy w słońcu czekać magicznej godziny przyjazdu autobusu. I doczekaliśmy się (rozkład jazdy sprawdzałem kilkanaście razy, bo rozkład Connexu w Sanoku to istna łamigłówka a i tak nie byłem pewny, czy autobus przyjedzie). Podróż odcinkiem niespełna 26 km trwała coś ponad 50 minut. Wąską drogą autobus to mozolnie się wspinał na przełęcze, to zjeżdżał - widać że zapewniono nam trasę turystyczną;)))

Przepiękny to był moment, gdy po wysiadce z busa podeszliśmy kilkadziesiąt metrów w głąb bocznej doliny i naszym oczom ukazało się schronisko. Szybko zajęliśmy pokoje oraz przygotowaliśmy sobie śniadanie. Zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku przed pierwszym wyjściem w góry.

Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w góry. Żal nam było tego dnia na byczenie się w Komańczy, dlatego, mimo zmęczenia spowodowanego podróżą trwającą łacznie 15 godzin, obraliśmy kurs na Jeziorka Duszatyckie. Przy schronisku biegnie szlak czerwony (jako część głownego szlaku beskidzkiego) i szlakiem tym mieliśmy dotrzeć w rejon Chryszczatej. Od Komańczy szlak biegnie spokojnie, oddala się od drogi, by po krótkim podejściu osiągnąc mały, spłaszczony i zalesiony szczyt. Trudniejsze lekko wydaje się być zejscie szlakiem do pozostałości po wsi Preluki, leżącej w dolinie Osławy. Dolina ta rozgranicza Beskid Niski od Bieszczad.

Wieś Preluki to malutka miejscowość, składająca się z kilku chat, resztek stacji kolejki wąskotorowej i kilku dróg biegnących na pierwszy rzut oka donikąd. Praktycznie nie widać śladów pozostałości po dawnej osadzie łemkowskiej, rozciągającej się w tym miejscu przez setki lat. Obecnie jest tu cicho. Czasem tylko przejdą turyści, czasem samochód przejedzie z Komańczy do parkingu w Duszatynie, by zawieść turystów spragnionych widoku bieszczadzkiej osobliwości, jaką są jeziorka osuwiskowe. Od Preluk szlak prowadził nas drogą szutrową, po prawej stronie mieliśmy Osławę oraz tory kolejki leśnej, po lewej pierwsze zbocza bieszczadzkie. Po niecałych 2 kilometrach doszliśmy do rezerwatu Przełom Osławy pod Duszatynem, utworzonego w celu ściślejszego zachowania piękna przełomu Oslawy. Piękna sceneria rzeki, stary most kratownicowy oraz las sosnowy współgrały ze sobą w harmonii i cieszyły oko. Warto pojechac w to miejsce np dla tego widoku. Po kilkuset metrach doszliśmy do osady Duszatyn – tu można pozostawić samochód na parkingu, zjeść w jakimś fastfoodzie, wypić piwo z beczki. Sceneria Duszatyna daje do myślenia – tu kiedyś była duża wieś łemkowska, obecnie ocalało tylko kilka chałup. Zdawało się mi, ze to miejsce wołało – tu kiedyś toczyło się życie. Takich miejsc w Bieszczadach i Beskidzie Niskim jest mnóstwo. To niemi świadkowie najnowszej historii tych ziem.

Szlak czerwony prowadził nas od Duszatyna leśną drogą , zrazu tylko o lekkim profilu. Na drodze często pojawiają się koleiny pełne błota – znak pracowitości leśnych ekip pracujących przy wyrębie. Po około 30 minutach spaceru nasz szlak odchodzi w prawo pod górę, opuszczając już leśną drogę. Przekraczamy potok, by teraz z mozołem podchodzić w sumie łatwą trasą do jeziorek osuwiskowych. Tu ruch turystów jest duży – część to profesjonalne ekipy schodzące od strony Cisnej, część to turyści na odcinku Duszatyn – Jeziorka Duszatyckie. W pewnym momencie szlak kieruje się na drugą stronę potoku, czasem powalone drzewa urozmaicają i utrudniają przejście. W czasie dobrej godziny od Duszatyna osiągamy mniejsze – dolne jeziorko.

Tu trzeba uważać, ponieważ szlak kieruje się ostro w prawo za północno-wschodnim brzegiem, czego niestety nie widać dobrze w terenie (brak znaków szlakowych na drzewie – stan z maja 2007r.) Skutkiem braku szlaków było nasze pobłądzenie- zamiast udac się na szczyt Chryszczata poszliśmy na północ wydeptaną ścieżką wzdłuż potoku. Widać, że nie tylko my się tu pogubiliśmy. Krótka refleksja w temacie co teraz spowodowała, że to nieświadome zejście ze szlaku przemieniło się w jak najbardziej świadome. Na widocznej przez nas górze wyznaczono szlak niebieski, łączący w tym miejscu Sanok z głównym szlakiem bieskidzkim na Chryszczatej , którym to szlakiem mieliśmy ochotę wracać do Komańczy, aby nie pokonywać drugi raz tej samej drogi. Jedynym minusem tego rozwiązania był fakt, ze nie widzieliśmy drugiego, większego z jeziorek oraz nie zdobyliśmy samej Chryszczatej.

Samo podejście pod górę tą nieznakowaną drogą było bardzo strome – różnica poziomów sięgała prawie 180 metrów na odcinku długości 400 metrów, a w dodatku ściółkowe podłoże nie było w tym momencie idealne. Daliśmy jednak radę – szybko odnaleźliśmy niebieski szlak, który od tego miejsca aż do okolic Turzańska łagodnie opadał w kierunku północnym. Przez krótki moment mieliśmy okazję zaobserwować klempę (samicę łosia), pasącą się na zboczu. Spłoszyła się biedna, słysząc hałas na ścieżce – i nie dała nam możliwości wykonania zdjęcia z nią w roli głównej. Szlak mimo swej łatwości bardzo się nam dłużył – aż w końcu zobaczyliśmy w oddali zabudowania wsi .... Nieznakowaną, ale wyraźną drogą zeszliśmy w dół, na piękną polanę – słońce od zachodniej strony niemiłosiernie świeciło, nakazując nam chyba zrobienie postoju. Mimo późnej pory rozłożyliśmy się na trawie i leniwie podziwialiśmy okolicę.

Przed nami odcinek prowadzący asfaltową drogą chyba 6 kategorii, prowadzący wzdłuż wsi w dół Osławy a potem asfaltówka pomiędzy Rzepedzią a Komańczą. I chyba ten odcinek zapamiętamy do końca życia – droga asfaltowa nie była dla naszych nóg łaskawa, a my ledwo włócząc nogami, ostatkiem sił dobiliśmy około 20 do schroniska, gdzie na szczęście mogliśmy zjeść ciepły posiłek i wypić zimne piwo. Tego dnia w ciągu 7 godzin pokonaliśmy 24 kilometry, a sumując tę marszrutę z czasem podróży wyszło nam 24 godziny na chodzie. Nic dziwnego, że szybko usnęliśmy.

Następnego dnia – mając na względzie nasze bolące nogi oraz stopy- zaplanowaliśmy wycieczkę po Komańczy. Komańcza to urokliwie położona wieś gminna, pod względem turystycznym jeszcze słabo zagospodarowana. Zabudowania ciągną się wzdłuż Osławicy i jej dopływu .... na odcinku łącznie ok. 3 km. Tu nie dało się zauważyć natłoku turystów – spokój i cisza mąciły jdynie niewielkie grupy rowerzystów, podążających szlakiem transgranicznym między słowackimi Miedzilaborcami a Polską. Bardzo spacerowym krokiem przeszliśmy od schroniska aż do wzgórza, gdzie do września 2006 roku stała cerkiew (wcześniej łemkowska, a więc greckokatolicka, obecnie prawosławna). Piszę w czasie przeszłym ponieważ we wrześniu 2006 roku zabytkowa cerkiew spłonęła wraz z równie zabytkowym ikonostasem. Więcej o cerkwi i możliwościach pomocy przy odbudowie dowiecie się ze strony: nasz szlachetny cel - dostępnej w naszym serwisie.

W Komańczy znajdują się, a raczej znajdowały 3 kościoły – mały drewniany kościół rzymskokatolicki zlokalizowany naprzeciwko stacji kolejowej, duża, ładna cerkiew greckokatolicka i wspomniana wyżej cerkiew prawosławna. W cerkwi greckokatolickiej zastaliśmy otwarte drzwi i udało się nam ustalić, że służba oraz nabożeństwo maryjne będą o 17. Postanowiłem zatem przyjść po południu tutaj, by uczestniczyć w nabożeństwach.

Piękna pogoda tego dnia rozleniwiła nas na tyle, ze w drodze powrotnej do schroniska usiedliśmy w knajpce na kufel zimnego piwka. Tak minął nam czas do godziny 15. W schronisku zjedliśmy posiłek, odpoczęliśmy po trudach spacerowych, a ja zostawiając grupę na miejscu poszedłem do cerkwi. W sumie ponad godzinne nabożeństwo miało jedną wadę – dużo czasu się stało, mało siedziało, co dla moich bolących stóp i nóg było nie lada wyzwaniem. Nabożeństwa w cerkwi greckokatolickiej różnią się znacznie od tych z kościoła rzymskokatolickiego – jest tu dużo śpiewu, wierni powtarzają często zwrot :”Hospodin pomyłuj” i żegnają się po trzykroć kilkanaście razy.

Trzeci dzień pobytu stanął pod znakiem deszczu – pierwotnie mieliśmy w planach wejście na Przełęcz Łupkowską i przejście szlakiem granicznym do Radoszyc , ale pogoda skutecznie zweryfikowała nasze zamierzenia. Stojąc na przystanku PKS w Komańczy długo myśleliśmy nad tym, co zrobić ze sobą. Gdy przyjechał autobus z Cisnej do Sanoka podjęliśmy decyzję o transferze do tego miasta, ale ze względu na dużą ilość pasażerów przeskoczyliśmy do autobusu w stronę Cisnej. Przyszło nam do głowy, że możemy w ten sposób zwiedzić trochę Bieszczady. W dosłownie pustym autobusie podróżowała tylko nasza ekipa. Kierowca opowiadał nam o tutejszych ludziach, także tych wychodzących z zakładu karnego w Nowym Łupkowie, o watahach wilków, o niedźwiedziach i panujących tu zimą warunkach pogodowych. Droga prowadziła mało uczęszczanym szlakiem, w przepięknej zielonej scenerii. Po niecałej godzinie dojechaliśmy do Cisnej, a ponieważ nie mieliśmy już bezpośredniego powrotu do Komańczy, z tym samym kierowcą kontynuowaliśmy podróż do Sanoka, gdzie naszym celem miał być skansen budownictwa ludowego.

Pogoda w Sanoku nas nie rozpieszczała – padał dość intensywny deszcz, a niebo szczelnie przykrywały chmury. Spacerem udaliśmy się w stronę znanego już mi wcześniej skansenu, w którym spędziliśmy łącznie 2 godziny. To największy skansen tego typu w Polsce – na 200 ha zrekonstruowano nie tylko zabudowania łemkowskie czy bojkowskie, ale także pogórzańskie i mieszkańców dolin na północ od linii Sanok – Jasło.

Przed udaniem się w drogę powrotną do Komańczy wpadliśmy na obiad do knajpy w Sanoku. I w tym miejscu musze ostrzec czytelników przed zamiawianiem pierogów (miały być wyrabiane na miejscu, a okazały się kupnymi) oraz przed wyjątkowo niemiłą obsługą młodego barmana. Przez litość nie wspomnę nazwy tej knajpy.

Podróż powrotna do Komańczy była ostatnim akordem trzeciego dnia pobytu.

W niedzielę – w dniu wyjazdu udaliśmy się na chwilę pod klasztor sióstr nazaretanek, gdzie przez pewien czas internowany był kardynał Wyszyński.

Droga powrotna z Komańczy do Warszawy także nie była idealna. Najpierw musieliśmy się dostać autobusem PKS do Zagórza, skąd dopiero po 3 godzinach mieliśmy pociąg bezpośredniej relacji. Podróż taka ma jedną zaletę – pociąg jedzie wolno i pomaga nam w obserwacji tego co wokół. Zresztą zaraz za stacją Sanok krajobraz staje się monotonny – Pogórze Dynowskie z jednej strony a Beskid Niski z drugiej są zbyt daleko od torów, by można było je podziwiać. Trasa naszego pociągu wiodła przez Krosno, Jasło (gdzie dokonano wymiany lokomotywy spalinowej na elektryczną), Gorlice, Stróże, Tarnów, Kraków, CMK do Warszawy. Byłem na dworcu centralnym około 2.30 w nocy – łatwo policzyć, że podróż zajęła mi łącznie 14 godzin.

Warto było jednak jechać na te 3 dni, gdzieś we mnie jest chęć na drugą wyprawę w Bieszczady – góry które dopiero poznaję.