Kolejna z naszych eskapad prowadziła w Pieniny. Była to kontynuacja wcześniejszej imprezy, zorganizowanej w kwietniu 2007r., mającej na celu sprawdzenie naszych sił i kondycji po okresie zimowym. Inaczej jednak niż w kwietniu, teraz mieliśmy ochotę na zdobycie Trzech Koron oraz Sokolicy, a także na przejście niebieskim szlakiem granicznym od Palenicy do Wąwozu Homole. Z Warszawy wyjechało nas 5 osób, dalsze dwie miały dojechać z Bielska Białej. Sobotni poranek ( godzina 5 rano ) witał nas orzeźwiającym chłodem. Zdążałem na Pragę w celu zabrania 3 turystek spod cerkwi, nie mijając po drodze ani zbyt wielu samochodów, ani ludzi. Dopiero przy Wileniaku ruch znaczny – potok pieszych oraz zdecydowanie większy ruch pojazdów uzmysłowił mi fakt, ze nadal jestem w Warszawie. I sprawdziło się to, co o Pradze zawsze mówiłem – Praga żyje całą dobę!!! Szybko dotarliśmy na Ursynów, skąd mieliśmy jeszcze zabrać jedną turystkę i o 5.30 wyjechaliśmy w stronę Piaseczna, a potem Grójca. Trasa nasza biegła przez Radom, Kielce, Jędrzejów, Kraków, Myślenice, Mszanę Dolną do Szczawnicy. Droga do Krakowa przebiegała pomyślnie, tak więc w ciągu 4 godzin od wyjazdu z Pragi rogatki królewskiego grodu stały przed nami otworem. W Krakowie wyrzuciło nas na obwodnicę ( przyznaję, za wcześnie skręciłem ) i jadąc w sznurze aut musieliśmy objechać miasto i dołożyć do tego naście kilometrów. Na zakopiance jak zwykle sznur aut oraz patrole policji powodowały znaczne zwolnienie tempa jazdy, jednak widoki z okien rekompensowały z nawiązką trud podróży. Kawałek za Myślenicami odbiliśmy w lewo w stronę Zabrzeża. Czytając mapy drogowe Polski i planując rozkład jazdy samochodu człowiek często nie zdaje sobie sprawy, jak w terenie może wyglądać trasa. I tym razem niestety trafiliśmy na drogę o kiepskiej nawierzchni, dodatkowo urozmaiconą ciągłymi zakrętami i podwójną ciągłą. Jeśli trafisz na samochód jadący 40 na godzinę, no to zaliczysz ćwiczenia dla cierpliwych. Tak właśnie mieliśmy i my – w pewnym momencie upał na dworze, klimatyzacja na pełnych obrotach i przez pewny okres czasu zawrotna prędkość 30 - 45km na godzinę, a czasem z górki 55. Nic dziwnego, że temperatura płynu chłodzącego znacznie się podniosła. We mnie się też chyba zaczęło gotować, mimo, że jestem odporny na różnych niedzielnych kierowców. Szczawnica powitała nas niebem zachmurzonym – chmury te nie zwiastowały niczego dobrego, ale mając w pamięci prognozę telewizyjną, gdzie zapodali info o przejściu małego frontu atmosferycznego, nie zrażaliśmy się zbytnio. Nasi bielscy przyjaciele – Monika i Bartek już na nas czekali, zajadali poziomki przy dolnej stacji kolejki linowej. W miejscu noclegowym szybko doszliśmy do siebie – toaleta południowa oraz śniadanie dodały w sumie rześkości. Około 12.30 byliśmy gotowi na wyjście w góry. Idąc w dół główną ulicą miasteczka – notabene ulicą Główną - doświadczyliśmy naglej zmiany pogody – zaczął padać deszcz – zrazu niezbyt mocny, ale przy Dunajcu już zmieniający się w ulewę. Trzeba było odczekać kilkanaście minut na zmianę pogody. I faktycznie, w ciągu kilkunastu minut deszcz zniknął a słońce zaczęło szybko osuszać atmosferę. Aby dostać się na Sokolicę ze Szczawnicy trzeba skorzystać z pomocy flisaka, który promem ( eufemistycznie brzmi ten środek transportu ) przewozi ludzi na drugą stronę Dunajca za 1,5 zł od łebka. Dalej już było gorzej – my turyści z nizin musimy dużo ćwiczyć, by dorównać tym z gór. Podejście pod Sokolicę wymaga nie tylko chwilowego samozaparcia ale także siły w nogach. Częste, ale króciutkie przerwy w podejściu pomogły w złapaniu oddechu i w ciągu 45 minut mogliśmy napawać się pięknym widokiem z góry. W końcu znalazłem tą sławną sosnę – ciągle widziałem ją na zdjęciach, teraz stałem koło niej – skarłowaciałej sosenki, wyrastającej z górnej części zbocza Sokolicy. Jeszcze tylko małe piwko na górze, sesja zdjęciowa i znalezienie charakterystycznych punktów w okolicy – byliśmy gotowi na zejście z góry, tym bardziej że wiatr i czarne chmury zwiastowały pogorszenie pogody. Po 10 minutach faktycznie rozszalała się mocna ulewa, a my stojąc na przełęczy dumaliśmy co robić. Wiedzieliśmy, że jeśli zaatakujemy Trzy Korony, będziemy musieli schodzić z gór do Krościenka (nie zdążylibyśmy na prom przez Dunajec, który pływa do 19, a opcja przejścia przez Słowację odpadała ze względu na fakt, ze jedna z osób nie miała ważnego dokumentu pozwalającego na przekroczenie granicy).Chwila namysłu i wspólnie uzgodniliśmy, ze jednak pójdziemy na Trzy Korony. Szlak łączący Sokolicę i Trzy Korony jest technicznie niezbyt trudny, ale my – mieszczuchy bez kondycji – czuliśmy chwilowe zmęczenie. Po około godzinie wędrówki dotarliśmy do skrzyżowania szlaków, nasz niebieski łączył się z żółtym, prowadzącym do Krościenka. Stała tam pewna kobiecinka handlująca maślanką oraz serami owczymi i kozimi ( chociaż ja mam wątpliwości, czy każdy handlujący takimi specjałami góral nie robi nas w bambuko ). Krótki postój na degustację oraz pamiątkowe foto pozwoliły nam na raźniejsze ruszenie w dalszą drogę. Szlakiem żółtym najpierw a potem niebieskim po około 40 minutach dotarliśmy w końcu na upragnione Trzy Korony. Sesji fotograficznej nie było końca – przepiękna sceneria z małego tarasu widokowego pozwalała objąć wzrokiem całe Beskidy oraz Tatry. W dole Dunajec wił się jak serpentyna górska – tworząc przepiękny przełom. Wsie po polskiej i słowackiej stronie oraz Jezioro Czorsztyńskie dodawały uroku. Na takich otwartych platformach jednak potrafi wiać silny wiatr – dlatego po 20 minutach podjęliśmy decyzję o zejściu ze szczytu, by poprzez Górę Zamkową dotrzeć do miejsca, gdzie handlowała kobiecina. Kobiecinki już nie było, więc raźnym krokiem zeszliśmy szlakiem żółtym do Krościenka, gdzie w oczekiwaniu na jakiś bus do Szczawnicy obserwowaliśmy procesję. W Szczawnicy byliśmy około 20.30, zmęczeni, bardzo głodni i spragnieni, ale zadowoleni – plan na sobotę wykonany w 100 procentach. Po półgodzinnej przerwie, którą spożytkowaliśmy na rześki prysznic w górskiej wodzie w łazienkach poszliśmy do jakiejś blisko zlokalizowanej jadłodajni na wieczorny posiłek. Późnym wieczorem spotkaliśmy się jeszcze w jednym z pokoi na piwku i wspólnym śpiewaniu. Tak zakończył się nasz długi dzień. Drugiego dnia obudziły nas dzwony kościoła (kościelny nie miał zmiłowania i walił w nie chyba ze 2 minuty wczesnym rankiem). Monika poszła na poranny spacer po sennym o tej porze miasteczku, a reszta osób smacznie spała w swoich pokojach. Śniadanie zaplanowaliśmy na 9.00 – była to najpóźniejsza z możliwych pora, dziś mieliśmy do pokonania ponad 10 km szlakiem granicznym od Palenicy do Wąwozu Homole. Zaczęliśmy delikatnie – od wjazdu kolejką linową oraz jednej rundki na ślizgaczach na zboczach Palenicy. Słońce mocno świecąc odbierało ochotę na szybkie przejście, dlatego leniwym krokiem skierowaliśmy się na szlak niebieski, by podziwiać z góry panoramę Beskidu Sądeckiego, Pienin i leżącej w dolinie Szczawnicy. Przepiękny i niezbyt zatłoczony szlak, dość łatwy nawet dla niedzielnych piechurów pozwalał na rozkoszowanie się bliskością przyrody. Podziwialiśmy widoczne dokładnie Pasmo Radziejowej – znane mi już z pierwszej eskapady w 2007 roku, w dole mieliśmy Szczawnicę oraz dwie wsie – Szlachtową i po pewnym czasie Jaworki. Ten spacer trwał w sumie 2,5 godziny – i tak zaplanowaliśmy powrót do Warszawy na późny wieczór, nie było powodu by się zbytnio spieszyć. Już przy zejściu w stronę Wąwozu Homole spotkał nas dość silny deszcz. Jego szczęście, że nie trwał zbyt długo – po kilku minutach postoju mogliśmy kontynuować naszą marszrutę. W Wąwozie Homole natłok turystów dał się we znaki – szereg grupek mniejszych i większych wchodzących od strony Jaworek zakłócała ciszę i spokój, mąconą jedynie strumieniem i wiatrem. Spacerując w słońcu mieliśmy wiele okazji na sesje fotograficzne. W radosnych nastrojach dotarliśmy do początku wąwozu i skierowaliśmy się do Szałasu Homole na posiłek. Debatując nad kartą dań zastanawialiśmy się czy jagnięcina oferowana w tym miejscu to naprawdę jagnięcina. Trzy osoby podjęły próbę ustalenia tej kwestii poprzez zamówienie takiegoż dania. Ze Szczawnicy wyruszliśmy o 18, obierając kurs na Stary Sącz. Nie ryzykowałem powrotu przez Kraków, wolałem wypróbowaną, znaną mi dobrze trasę przez Brzesko i Kazimierzę. W drodze do Starego Sącza napawaliśmy się pięknymi widokami – najpierw z lewej strony Gorce, potem z prawej Beskid Sądecki. Po 40 minutach dojechaliśmy do Starego Sącza, małego ale urokliwego miasteczka u podnóża gór. Szybki przejazd przez senny o tej porze rynek wystarczył, by zarejestrować obraz starych kamieniczek stojących w szeregu. W Nowym Sączu zrobiliśmy sobie przerwę techniczną na stacji benzynowej, by solidnie przygotować się do drogi. Wiedziałem , że droga krajowa nr 75 z Nowego Sącza do Brzeska – piękna i w sumie o dobrej nawierzchni – będzie zatłoczona. Miałem nadzieję, że od Brzeska do Warszawy będzie spokojniej. A tu niestety znów zmiany – do Brzeska jechaliśmy spokojnie, pomiędzy Brzeskiem a Buskiem – Zdrój z małymi przygodami ( a to rowerzysta kilkanaście metrów przed nami wykonał manewr z gatunku niesamowitych, a to kierowca dostawczaka – spiesząc się widocznie – chciał nas wyprzedzić i nie widząc samochodu z naprzeciwka musiał ostro dać po hamulcach będąc na wysokości naszego pojazdu ) a między Buskiem a Warszawą już bardziej dynamicznie, na odcinku od Radomia do Grójca całkiem szybko. Taka jazda wyzwala w człowieku morze adrenaliny, ale mam przygotowaną na taką okoliczność kasetę magnetofonową z mocniejszymi kawałkami – pomaga!!! Faktem jest , że z Nowego Sącza na Ursynów przyjechaliśmy w 4 godziny 40 minut (nieźle jak na kogoś, kto woli jechać spokojniej). Nasi przyjaciele z Bielska dotarli do domu po 23, po drodze zwiedzając co ciekawsze miejsca. Warto było wybrać się na taki wyjazd – człowiek zmęczony wraca do domu – ale to inny rodzaj zmęczenia. Dziękuję w tym miejscu Wam, mili moi współtowarzysze podróży. UWAGA!!! Zdjęcia opublikuję wkrótce. Pozdrawiam
Nocleg zarezerwowaliśmy w tym samym miejscu, co poprzednio. Bliskość centrum Szczawnicy, spokojna ulica oraz niska cena – zdecydowaliśmy się na Willę Zofiówka.
Muzyka zapodawana przez DJ kierowcę nie musiała się podobać wszystkim pasażerom, chociaż DJ dwoił się i troił, by tak właśnie było. Był jedynie głuchy na prośby o włączenie radia – polityki chyba wszyscy mieliśmy dość.
Po obiedzie, z wypełnionymi po brzegi żołądkami leżeliśmy na ławkach w słońcu, grzejąc nasze kości i wypatrując autobusu jadącego w stronę Jaworek. To był znak, że czas będzie na powrót.
